W wytwornym butiku pani Teresy Rosati mieszczącym się w Galerii Mokotów, panuje atmosfera ponadczasowej, ascetycznej elegancji. To adres doskonale znany damom ze stołecznej socjety...
Zaglądają tu żony polityków. Ubierają się tu panie z kręgów naukowych, bo i im przecież, nieobce są typowo kobiece rozterki typu "I co ja na siebie włożę"?! Tu właśnie znajdzie dla siebie kreację zarówno kobieta interesu, jak i żona dyplomaty, naukowiec i aktorka; ubiór, w którym będzie czuła się i wyglądała dobrze, we wszystkich salonach świata.
Pani Teresa Rosati przyjmuje mnie od stóp do głów ubrana w ulubione szarości w różnych odcieniach, na ramionach jedwabna chusta spięta piękną broszą. Emanuje od niej naturalność i spokojna, dystyngowana elegancja.
Jak to się zaczęło? Jakie były początki pani kariery jako projektantki mody?
- O, zaczęło się dość dawno temu. Byłam jeszcze dziewczynką, w pierwszej klasie liceum, a chodziłam do szkoły żeńskiej. Zupełnie niespodziewanie dla mnie samej, lekcje zajęć technicznych, konkretnie szycia zaczęły mi sprawiać prawdziwą radość, satysfakcję... Już wtedy wykrystalizowały się moje zainteresowania, fascynacje, a pociągała mnie tkanina. Jej faktura, jakość. To tkanina była, jest i będzie bazą do tworzenia kreacji, może stać się jej najistotniejszym elementem. Odkryłam to bardzo wcześnie, ale ta pasja towarzyszyła mi i towarzyszy właściwie przez całe życie. Jeszcze będąc zupełnie młodą osobą projektowałam ubiory dla wszystkich osób z mojego najbliższego otoczenia. W tamtych siermiężnych czasach takie talenty i umiejętności były nieocenionym skarbem!
A mimo to zdecydowała się Pani na studiowanie... ekonomii?
- Konkretnie handel zagraniczny, zresztą i tak ku wielkiemu zawodowi rodziców, którzy pragnęli, abym zgodnie z rodzinnymi tradycjami studiowała medycynę. Ale kto w tamtych czasach traktował zawód projektanta mody poważnie? Przecież w naszej ówczesnej rzeczywistości on praktycznie nie istniał. Nie było chyba nawet takiej potrzeby, jeśli chodzi o rynek!
Ale była Pani z pewnością najlepiej ubraną studentką na całym SGPiS-ie (dziś SGH)?
- Starałam się zawsze wyglądać elegancko i oryginalnie. Jako największy komplement traktowałam padające od czasu do czasu stwierdzenia, że "ta (tu moje nazwisko panieńskie) ubiera się wyłącznie w komisach i w "Pewexie"! Nigdy nie żałowałam też wyboru kierunku studiów.
Ale teraz spełniają się Pani marzenia i to z nawiązką - projektuje Pani również tkaninę i odnosi przy tym spektakularne sukcesy! Zagraniczne pokazy mody, jak ten w Niemczech czy w Atenach spotykają się z entuzjastycznym wręcz przyjęciem. A przecież mogłaby pani prowadzić spokojne, wygodne życie "przy mężu".
- Towarzyszyłam mężowi zagranicą, ale i wtedy prowadziłam życie niezwykle ruchliwe, aktywne i... musiałam być zawsze dobrze ubrana. Nie mogły to być rzeczy ani przypadkowe, ani tuzinkowe, a wręcz przeciwnie -niepowtarzalne. Oczywiście uszyte z pierwszorzędnej jakości tkanin...
A właśnie - tkaniny. Projektuje je Pani przecież do swoich poszczególnych modeli, co jest domeną nielicznych projektantów i robi to Pani z niezwykłą pieczołowitością i wyczuciem. Jakie są Pani ulubione tkaniny?
- Przede wszystkim - naturalne. Dopuszczam niewielką tylko domieszkę włókien sztucznych. Wśród nich głównie jedwab. Jedwab może mieć przecież wiele różnych postaci - jedwab-bawełna, len, wełna... To jest teraz szalenie modne, a fabryka w Milanówku robi według moich materiałów wspaniałe, niepowtarzalne rzeczy, materiały doprawdy wielkiej urody, doskonałe gatunkowo. Hitem tegorocznej mody jest tafta jedwabna, o pięknym połysku. Poza tym szyfony, żakardy - to idealne tkaniny, ale raczej na wieczór. Dzienne to wełna, len, bawełna. Natomiast nie lubię plastików, 100% poliamidów, poliestrów... Tu decydują nie tylko względy estetyczne, ale nawet zdrowotne. Być może tylko ja i niewielki poza mną krąg kobiet tak reaguje, ale chyba nie...
Ale obecna moda, zwłaszcza w wydaniu młodzieżowym, wyraźnie faworyzuje plastiki, nawet nie usiłujące udawać, że są czymś innym.
- Ja oczywiście nie neguję, takie tendencje istnieją, mam przecież córkę, która tak właśnie się ubiera. W moim odczuciu to są trendy stworzone z myślą o ludziach młodych, a nawet bardzo młodych! Zresztą nie jest to wyłącznie kwestia wieku. Panie o pełniejszych kształtach powinny unikać zdecydowanych, jaskrawych kolorów, czy wzorów. Moją intencją jest upiększenie kobiety, podkreślenie walorów, jak i ukrycie wad. Tak mało jest przecież kobiet mogących pochwalić się idealną sylwetką!
Ma Pani swoich ulubionych projektantów?
- Na pewno na nikim się nie wzoruję. Nie mogę też z pewnością powiedzieć, że mam jednego ulubionego. Ale pewne detale, elementy u poszczególnych dyktatorów podobają mi się. Należy do nich Yves Saint-Laurent, jego klamry przy żakietach, linia ramion. Lubię również bardzo styl Chanel, chociaż podobnie, tylko niektóre elementy. Nie wzoruje się, ale cały czas śledzę nowości.
Śledzenie tego, co "w modzie piszczy" jest teraz zajęciem może nadal bardzo przyjemnym, ale coraz bardziej czasochłonnym, prawda?
- Tak, oczywiście. Już nie tylko Paryż, ale przecież od wielu lat również Londyn, Nowy Jork, Mediolan. Coraz odważniej wchodzą na rynek również projektanci z Dalekiego Wschodu, z Japonii. Pokazują typowe dla swojego regionu stylizacje. Dla mnie osobiście jest to ogromna satysfakcja, ponieważ w mojej pierwszej kolekcji było bardzo dużo elementów wywodzących się właśnie z tradycji dalekiego Wschodu. Pokazałam wtedy dużo żakietów, tunik, z żakardem w roli głównej. Ostatnio zetknęłam się również z bardzo ciekawymi propozycjami pochodzącymi z Indii.
Czy Polka może jechać do Europy z podniesionym czołem? Albo inaczej: czy ostatnia dekada przyniosła jakąś wyraźna zmianę na korzyść wyglądu polskiej ulicy?
- Ależ oczywiście, że tak! Różnica jest ogromna i bardzo mnie to cieszy! Naprawdę! A mogę to stwierdzić z całą odpowiedzialnością, bo przecież podróżuję niemało - nie ma zasadniczych różnic między ulicą w Paryżu, Londynie, w Warszawie! Polki są wreszcie dobrze ubrane, zgodnie ze światowymi standardami, trendami mody.
A jakie są najnowsze tendencje?
- Tendencja wiodąca to kobiecość. Przede wszystkim kobiecość przejawiająca się we wszystkim, począwszy od... tuszy!
A wiec kobieta przeciętna ma szansę na to, by przestać być katowaną widokiem modelek - anorektyczek?!
- Proszę sobie wyobrazić, że sam wielki YSL ogłosił nabór modelek o rozmiarach nawet 42! To przecież prawdziwa rewolucja! Dotąd modele najmniejsze szyte na rozmiar 36 musiały być zwężane i dostosowane do 34. "Grubszej" modelki po prostu nie było. Moje kolekcje szyte są często z przepięknych milanowskich jedwabi. Taki "poprawiony" model, to przecież kreacja bezpowrotnie zniszczona, stracona. Serce mi krwawiło, ale cóż było robić?
A więc, co ta "nowa" kobieta, o pełniejszych kształtach powinna nosić?
- Tym razem projektanci pomyśleli o kobietach bardzo ciepło. Pozwolili im być sobą! Niepodzielnie panuje eklektyzm - lata czterdzieste, pięćdziesiąte, osiemdziesiąte. Szalenie modna będzie kobiecość, ale wytworna z lekkim ukłonem w stronę wampa. Długości zdecydowane - okolica kolan lub do kostek. Spodnie długie lejące lub typu "cygaretki".
A kolory?
- Przestaje królować czerń, ale oczywiście pozostaje. Natomiast bakłażany, fiolety będą jak najbardziej na czasie. I tu przyznam się, że w ubiegłym roku miałam już w kolekcji dużo fioletów. Taki mały falstart...
Ależ, dlaczego: falstart?! Wydaje mi się, że przeciwnie - dar przewidywania. To przecież jest rola kreatorów mody - wyprzedzać epokę, przynajmniej o kilka kroków. A Pani robi to w rzadko spotykanym stylu i z ogromną klasą. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Barbara Jackowska
fot. Supermodelki.pl, www.teresarosati.com
Jola 2009-06-17 17:52:25
Gabi34 2009-06-15 09:29:16
Wszystkie komentarze są własnością ich autorów. Autor ponosi pełną odpowiedzialność za treść wpisu. Jeżeli wynikną z tego konsekwencje prawne, planetakobiet.com.pl może przekazać wszelkie informacje stronom zainteresowanym na temat danego użytkownika oraz pomóc w jego zlokalizowaniu.