Poniedziałek, 24 lipca 2017r. Kingi, Krystyna, Michaliny
 Szukaj
FACEBOOK RSS EMAIL Strona główna
Planeta Kobiet

Rodzina jest dla mnie najważniejsza…

Dżentelmen w każdym calu. Uprzejmy, kulturalny, elegancki a do tego piekielnie zdolny. Koleżanki z Teatru Wielkiego- Opery Narodowej mówią o nim „prawdziwy przystojniak”. Artur Ruciński- wybitny polski baryton, od kilku lat podbija światowe sceny operowe. Występował m.in. we Francji, Hiszpanii, Niemczech, Austrii, Los Angeles i Japonii. Jego kalendarz jest wypełniony zagranicznymi kontraktami na kilka lat do przodu, a telefony wciąż nie milkną.

Artysta w szczerej rozmowie z nami opowiada o karierze, kobiecie swojego życia i oczekiwaniu na narodziny syna.

Pana kalendarz, jest wypełniony zagranicznymi kontraktami na kilka sezonów do przodu. Czy widzi pan szanse na jakiś spontaniczny koncert w Polsce?
- W tym sezonie byłoby to możliwe. Ze względu na ważne sprawy rodzinne nie przyjmowałem aż tak dużo propozycji. Nie ukrywam, że gdy tylko mam czas, chętnie występuję w Polsce. Tu zaczynałem swoją karierę, tu jest moja rodzina i przyjaciele. Zawsze będę się starał znaleźć czas dla Polski i polskiej publiczności. W kwietniu i w maju chciałem poświęcić trochę więcej czasu rodzinie, ale nie wiadomo czy nie będę musiał wyjechać do Hiszpanii na dłużej- właśnie przyszła bardzo ciekawa propozycja nad którą teraz pracuje mój menager. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że nic z tego nie wyjdzie, bo z jednej strony chciałem trochę odpocząć a z drugiej- bardzo trudno rezygnować z interesujących ról.

Wciąż się jednak zastanawiam, czy kontrakty podpisane na 3, 4 lata do przodu nie są dla pana pewnym ograniczeniem?
- Lubię kiedy mój kalendarz jest zapełniony i zagospodarowany. Wtedy łatwiej jest planować nowe wydarzenia, jak np. koncerty czy spektakle w Polsce. Nasze instytucje ze względów choćby budżetowych nie są w stanie planować produkcji na kilka lat do przodu. Zdarza się też tak, że w ostatniej chwili jesteśmy zapraszani do rożnych miejsc ponieważ jest potrzebne zastępstwo. Ostatnio dostałem telefon z Hamburga, zaproponowano żebym zaśpiewał w zastępstwie w Onieginie. Odmówiłem, ponieważ w Warszawie miałem zaplanowane spektakle Madame Butterfly. Była to kusząca propozycja ale musiałem być fair wobec mojej publiczności i dyrekcji.

Do życia na walizkach jest pan zapewne przyzwyczajony. Czy wobec tego Polakiem jest pan już tylko sercem?
- Zdecydowanie nie tylko sercem. Zawsze staram się mieć ze sobą cząstkę mojej Polski, czyli najbliższą rodzinę. Zabieram rodziców, siostrę z siostrzenicą a przede wszystkim żonę. Teraz będziemy mieli małą przerwę we wspólnych wyjazdach, bo w czerwcu przyjdzie na świat nasz syn. Przez kilka miesięcy z maleństwem nie będzie można podróżować, ale mamy wiele planów. W 2012 roku na pewno pojedziemy razem do Los Angeles.

Z pochodzenia jest pan Warszawiakiem...
- Tak i bardzo się cieszę, że to miasto się rozwija. Mieszkam na obrzeżach miasta, ale mam blisko do centrum. Warszawa daje dużo ciekawych propozycji kulturalnych i rozrywkowych- patrzę z dużym optymizmem na to, co się dzieje w Warszawie.

Na pana optymizm mają także wpływ sukcesy Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Tłumy na foyer już nikogo nie dziwią. Czy nasza rodzima scena prezentuje już europejski poziom?
- Poziom Europejski mamy tu od dawna. Orkiestra w Warszawie jest wspaniała, zapraszani są tu dyrygenci z najwyższej półki. Patrzę z optymizmem na to, co się dzieje i co będzie się działo w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Trzeba jednak powiedzieć, że każda premiera u nas w operze budzi wiele kontrowersji i wywołuje rożne opinie. Część publiczności wyobraża sobie bardziej klasycznie operę, w epokowych strojach i z tradycyjną scenografią. Są jednak i tacy widzowie, którzy oprócz piękna muzyki, wspaniałych głosów chcą zobaczyć show. Młoda publiczność oczekuje też wizualnych doznań czyli dekoracji, światła, nowoczesnych kostiumów i nie ma się czemu dziwić. Najważniejsze by publiczność zostawała teatrze. Zawsze podkreślam w wywiadach, że jeżeli chodzi o reżyserów i poziom spektakli, to naprawdę nie rożni się on niczym od tego, co dzieje się na świecie. Jedyne co może smucić, to fakt że nie mamy takich pieniędzy jak np. Metropolitan Opera, La Scala czy Covent Garden, ale to wynika z tego, że nasze instytucje są wspierane głównie przez budżet państwowy.

Receptą na sukces jest romans sztuki wysokiej z pop kulturą. Mariusz Treliński na tym wygrał.
- Z całą pewnością, Na świecie od dawna wielkie gwiazdy operowe wydają płyty, na których muzyka poważna łączy się z popularną. Uważam, że jest to połączenie bardzo trafione i bardzo dobre. Dziennikarze często mnie pytają czy to dobrze, że Mariusz zaprasza do swoich spektakli tak zwanych celebrytów. Można spojrzeć na to z dwóch stron. Z jednej może być tak, że ludzie będą ciekawi jedynie celebrytów, ale z drugiej strony, jeśli z tych kilkaset osób, które przyszło tylko na celebrytów zacznie do tej opery wracać to już jest sukces.

Podobają się panu spektakle reżyserowane przez dyrektora Trelińskiego?
- Cenię go za to, co wprowadził do polskiej opery. Czasem się spieramy. Dla mnie zawsze najważniejsze jest piękno śpiewu, Mariusz jest ze środowiska filmowego i często patrzy na spektakl oczami filmowca. Od wielu lat pracuje jednak w operze i doskonale wie, że np. śpiewak nie może stać tyłem, chyba że jest bardzo blisko dekoracji- wtedy głos się odbija. Ja bardzo lubię pracować z Mariuszem.

Cyrulik Sewilski, Łucja z Lammermoor, Traviata, Oniegin… Spektakle w których pan wystąpił można by długo wymieniać. Czy są jeszcze spektakle, role z którymi chciałby się pan zmierzyć?
- Jest bardzo dużo takich spektakli. Na pewne role po prostu przyjdzie czas z wiekiem. W tej chwili dopiero zacząłem śpiewać role ojców, tak jak Germont w Traviacie ,Ford w Falstffie. Są role, które dopiero po 40 roku życia wezmę na warsztat jak np. Rigoletto i inne, bardziej dramatyczne, wymagające odpowiedniego wieku.

W tym momencie kariery, czuje się pan śpiewakiem spełnionym?
- Tak, nigdy nie wyobrażałem sobie, że tak dobrze będzie się wszystko rozwijać. Mam oczywiście marzenia by śpiewać w najważniejszych teatrach, ale jeśli to się nie uda, nie będę płakał. Śpiewam role, które sprawiają mi przyjemność, reakcje publiczności są zazwyczaj entuzjastyczne. Czuję się spełniony.

W szkole muzycznej był pan pewnie prymusem…
- Ależ skąd!!! (śmiech) Wręcz przeciwnie, dostałem się na studia na ostatnim miejscu. Potem konsekwentnie, co roku groziło mi wyrzucenie ze szkoły. Od początku bardzo skupiałem się na przygotowaniu repertuaru i organizowaniu sobie koncertów. Wszystko po to, by kończąc studia mieć gotowy repertuar i obycie sceniczne. Właśnie przez to zaniedbywałem zajęcia teoretyczne. Nie byłem osobą, która dostawała stypendia naukowe. (śmiech)

Pamięta pan swój debiut?
- Oczywiście! Tak mój debiut miał miejsce w Hiszpani. Pojechałem z Operą Kameralną na tourne, byłem wtedy na ostatnim roku studiów, śpiewałem rolę Papageno w Czarodziejskim flecie Mozarta. To był wielki stres dla mnie, musiałem wejść w spektakl po dwóch próbach. Miałem duże wsparcie od kolegów. Poszło świetnie. Jednak najważniejszym debiutem, był Oniegin M.Trelińskiego w Teatrze Wielkim. Po sukcesie w tym spektaklu otrzymałem wiele propozycji również z innych teatrów. Pamiętam, że na kilka dni przed premierą nie mogłem spać. Kończyłem wtedy studia i była to duża nobilitacja, tym bardziej że rzadko się zdarzało by ktoś przed ukończeniem szkoły śpiewał tytułową rolę. Na szczęście wszystko się udało. W końcu jak to mówią: co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Stres wciąż panu towarzyszy?
-
Tak, ale jest to zdecydowanie mniejszy stres niż na początku kariery. Jestem już 10, 11 lat na scenie. Teraz jest to stres mobilizujący. Zdarza się, że muszę śpiewać przeziębiony. Trzeba zadbać o to, by publiczność nie usłyszała choroby. Wtedy używam całej swojej wiedzy technicznej.

W Polsce mamy grupę naprawdę genialnych śpiewaków operowych, którzy robią wielkie kariery na scenach światowych. Nie uważa pan, że w naszym kraju wciąż za mało się o tym mówi?
-
Oczywiście trochę mnie to smuci, że ludzie nie interesują się aż tak muzyką nie tylko operową ale ogólnie klasyczną. Myślę, że wszyscy także i media muszą zrozumieć, że muzyka klasyczna- w tym także opera, nie jest wyłącznie dla elit. Tak jest już na świecie i u nas zaczyna być podobnie. Coraz częściej widzę ogromne grupy młodzieży, które przychodzą do opery. Bardzo mnie to cieszy.

Jak często przychodzi pan do teatru jako widz?
- Niestety bardzo rzadko, głównie ze względu na intensywność prób i spektakli. Kiedy jednak mam chwilę przerwy, a wiem że moi znajomi będą śpiewać danego wieczoru, to oczywiście z przyjemnością idę ich posłuchać.

Gdyby nie została pan śpiewakiem operowym…
- Mógłbym działać w biznesie. Pamiętam, że w szóstej klasie szkoły podstawowej, miałem własny sklep z butami na terenie szkoły. Buty brałem od wujka, który miał hurtownie. W szkole byłem znany, bo śpiewałem w zespole ludowym moich rodziców, przez co mogłem liczyć na względy u dyrekcji. Wspomagałem swoją działalnością budżet komitetu rodzicielskiego w szkole, ale spora część funduszy trafiała do mnie. W liceum też zajmowałem się rożnymi rzeczami. Pracowałem w ochronie, remontowaliśmy mieszkania z moim przyjacielem. Nie wychodziło nam to dobrze, ale staraliśmy się zawsze dorabiać. Także myślę, że miałbym jakąś firmę.

Zdolności muzyczne odziedziczył pan po rodzicach?

- Muzyka była wszechobecna w naszym domu. Rodzice pracowali wiele lat w Mazowszu, a po odejściu mieli własną grupę folklorystyczną Polanie, z którą jeździli po świecie. Siostra skończyła Warszawską Szkołę Baletową, w tej chwili ma własną agencje eventową, kontuzja niestety zakończyła jej karierę baletową.

"Koleżeński i szalenie przystojny” - tak mówią o panu koleżanki z teatru. Jest Pan obiektem westchnień wielu kobiet…
- Zawsze staram się stwarzać fajną atmosferę w pracy. Cieszę się, że tak ciepło o mnie mówią. Jestem solistą, mam w sobie trochę narcyzmu, więc jeżeli ktoś mówi, że jestem uprzejmy i dobrze wyglądam, to jest to szalenie miłe.

Jest Pan kobieciarzem?
- Nie (śmiech), uwielbiam kobiety ale kocham od 11 lat tylko jedną- moją żonę. Nie wyobrażam sobie świata bez kobiet.

Żona bywa o Pana zazdrosna?
- Tak, ale ja też jestem zazdrosny o nią. Ta zazdrość jest obopólna, z całą pewnością nie jest chorobliwa. Mamy do siebie pełne zaufanie. Pomimo upływu lat czujemy się nadal jak narzeczeństwo.

Żona nie zawsze może za panem wyjeżdżać….

- Zgadza się.

Nie bywa zła o te ciągłe wyjazdy?
- Czasem jest jej smutno, szczególnie gdy przez miesiąc wraca do pustego domu. Żona też występuje. Jest wokalistką, oprócz tego uczy w ośrodku kultury, pracuje z aktorami w rożnych teatrach. Przyjeżdża do mnie kiedy to tylko może. Rozłąki są, ale staramy się by nie były dłuższe niż 2-3 tygodnie.

Są państwo razem jedenaście lat. To była miłość od pierwszego wejrzenia?
- Tak, w moim przypadku tak. Ja kończyłem studia, a ona zaczynała. Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, wiedziałem, że to musi być niesamowita dziewczyna. Robiłem wszystko by ją poznać i udało się.

Szybko zawrócił jej Pan w głowie?
- Oczywiście, że nie. Musiałem się mocno starać. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy i wreszcie przyszedł moment, w którym zdecydowaliśmy, że chcemy być razem. Dziś bardzo mnie wspiera i inspiruje. Kiedy przygotowuje jakieś dzieło muzyki współczesnej to bardzo mi pomaga. Ona o wiele lepiej gra na fortepianie więc często mi akompaniuje albo gra linie melodyczną, której potrzebuję.

Przed Wami bardzo ważny moment- narodziny syna…
- Nie możemy się doczekać dnia, w którym nasz synek Stasio pojawi się na świecie. Przez to skasowałem wszystkie kontrakty, które miałem zaplanowane na miesiąc przed porodem i 3 miesiące po. Rodzina jest dla mnie najważniejsza.

Wyśle Pan syna szkoły muzycznej?
- Myślę, że to dobrze gdy dziecko na początku chodzi do szkoły muzycznej, jeśli ma talent i przejawia zainteresowanie muzyką. Tam jest troche inna młodzież, o innej wrażliwości. Nie będziemy jednak zmuszali naszego dziecka by było muzykiem. Będziemy bardzo szczęśliwi jeśli zostanie np. prawnikiem albo lekarzem, tak czy inaczej zawsze będziemy go wspierać w decyzjach, które podejmie. Najważniejsze żeby był dobrym człowiekiem.

Spełniony zawodowo, spełniony w życiu osobistym…

- Tak czuję się spełniony i szczęśliwy.

Czego zatem mogę Panu życzyć ?
- Zdrowia przede wszystkim! Czego i Państwu życzę!!!

I tego Panu życzę. Dziękuję za rozmowę.
Oceń ten artykuł:  1 pkt 2 pkt 3 pkt 4 pkt 5 pkt    Aktualna ocena: 5,00
 
Wyślij e-mail rekomendujący ten artykuł
E-mail adresata
 
 
Rodzina jest dla mnie najważniejsza…
Dżentelmen w każdym calu. Uprzejmy, kulturalny, elegancki a do tego piekielnie zdolny. Koleżanki z Teatru Wielkiego- Opery Narodowej mówią o nim „prawdziwy przystojniak”. Artur Ruciński- wybitny polski baryton, od kilku lat podbija światowe sceny operowe.
Czytaj cały artykuł

 
Twoje Imię i Nazwisko
 
Twój E-mail
 
 
Dodaj swój komentarz do artykułu.
 
Komentarz
Autor
 

Wasze Komentarze

Sympatyczna to musi para. A Arturowi Rucińskiemu chwała za reprezentowanie polskiej sztuki wokalnej poza granicami kraju. jest artystą - śpiewakiem z najwyższej półki, pewny, wspaniały głos. Po stokroć gratuluje sukcesu!
Ewa 2014-05-04 22:56:39
Fajny facet
Anonim 2012-04-09 08:30:48


Wszystkie komentarze są własnością ich autorów. Autor ponosi pełną odpowiedzialność za treść wpisu. Jeżeli wynikną z tego konsekwencje prawne, planetakobiet.com.pl może przekazać wszelkie informacje stronom zainteresowanym na temat danego użytkownika oraz pomóc w jego zlokalizowaniu.

Konkursy

Wywiady z gwiazdami

Newsletter

Zapisz się do naszego newslettera

 
zapisz wypisz

Nasza Ankieta

Najprzystojnieszy polski aktor to?

zagłosuj
Moda   Trendy   Projektanci   Modna w ciąży   Ciekawostki   Porady stylisty   Zdrowie i Uroda   Zdrowie   Uroda   Make-up   Rozmaitości   Kącik kulinarny   Z życia wzięte   Wielki świat   Motoryzacja   Nasze dzieci   Porady   Nasz ślub   Kultura   Muzyka   Kino   Teatr   Książka   Sztuka   Konkursy   Konkurs SMS-owy   Konkurs książkowy   Konkurs muzyczny   Wywiady z gwiazdami   Kominek    
Copyright © 2017 Planeta Kobiet. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie L77 - Strony internetowe Strony internetowe