Piątek, 18 maja 2012r. Alicji, Edwina, Eryka
 Szukaj
FACEBOOK RSS EMAIL Strona główna
Planeta Kobiet

Krystyna Kofta: Mam prawo mieć wariackie papiery

Z pisarką Krystyną Koftą rozmawiamy o jej nienawiści do wakacji, internetowych miłościach, dziwnych snach oraz pieniądzach. Jeden z ostatnich wpisów na blogu dotyczy snu. Co się Pani śni?
- Kiedyś często śniły mi się koszmary. Nawet krzyczałam przez sen, a w związku z tym, że spałam z mężem na bardzo wąskiej kanapce, budziłam go. Udało mi się jednak opanować sytuację. W momencie, kiedy budziłam się z owego koszmaru, dopowiadałam sobie happy end. Bałam się moich snów. Później miałam depresję. Sądzę, że to był właśnie początek mojej choroby. Na ogół mam sny dobre, kolorowe. Jeżeli są one złe, śni mi się, że jestem w obcym miejscu, zagubiona, i nie znam otoczenia. Zwykle są to podziemia, labirynty, chodzę po nich, gubię się, nie mogę znaleźć wyjścia.

Kilka tygodni temu miałam sen, że moja komórka jest martwa i nie mogę z nikim się połączyć, żeby znaleźć ratunek. Powiedziałam sobie, że muszę iść ciągle w prawo i wyszłam. Bardzo często w trakcie pisania śnią mi się kawałki moich powieści, oraz postaci, które żyją swoim sennym życiem a następnie pojawiają się w mojej książce. Obok łóżka mam notesik, ma chyba ze dwadzieścia lat, w którym zapisuję fragmentarycznie moje marzenia senne. W jego środku są szkice opowiadań i dialogi ze sztuki. A nawet bywa pomysł na rysunek. Czytałam ostatnio w Newsweeku, że mózg w trakcie snu pracuje i porządkuje wszystkie dane i informacje. Dlatego też wydaje mi się, że dobry sen ma tak wielkie znaczenie i wartość, a jego rola jest nie do przecenienia. Wie Pan, co jest dziwne? Że sny są czasami kolorowe a czasami czarno-białe. Zawsze mnie to zdumiewa.

Pamięta Pani swój najdziwniejszy sen?

- To było przed śmiercią mojej matki. Nic nie zapowiadało jej odejścia. Śniło mi się, że patrzę na moją mamę, która leży i zastanawiam się, czy ona żyje. Widzę siebie jako jeszcze jedną osobę patrzącą z boku. A w nogach łóżka stoję jeszcze jedna ja, jako mała dziewczynka. Wyglądam jak na fotografii, którą zrobił mi ojciec. Było to bardzo dziwne. Nie było wcale koszmarne a jednak to był jeden z tych proroczych snów, których się boję.

Pisze Pani zarówno dla odbiorcy internetowego jaki i dla odbiorcy książkowego. Sposób pisania dla tych dwóch grup różni się jakoś?
-
Powiedziałabym, że nawet bardzo. Pisząc mój blog nie przywiązuję takiej wielkiej wagi do języka, bo dokonując wpisów używam języka mówionego. Staram się jednak zachować mój styl mówienia. Nie wiem, czy Pan zauważył, ale ja mam obecnie bardzo wiele wejść na mój – około 295 tysięcy. Jakaś masakra – mówiąc językiem młodzieży (śmiech). Jak miałam 190 tys. wejść, zdziwiłam się i zadzwoniłam do Onetu, powiedziałam, że ktoś musiał się pomylić w trakcie zliczania odsłon. Śmiali się bardzo, bo to przecież liczy automat. Ale to jest dobrze, że ludzie czytają.

Kto go czyta?
- Myślę, że są to bardzo różni ludzie i nie można jednoznac- znie określić ich sylwetek. Dużo osób czyta, ale mało zostawia swoje komentarze. Na samym początku przy zakładaniu bloga oznajmiłam internautom, że mogą pisać o mnie, że jestem starą, brzydką grafomanką i im się nie podobam. Ja i tak nie mam za- miaru zaglądać w komentarze. Opinia nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Ci którzy zostawiają swoje wpisy to najczęściej bardzo młodzi ludzie, którzy nie czytają, ale zabawne jest to, że wchodzą na mój blog i piszą różne słowa. Jestem już trochę nauczona doświadczeniem – bo pisałam kiedyś dla Onetu felieton, a to zupełnie inna, zamknięta forma, prawie jak papierowa – że nie warto czytać internetowych opinii. Ponieważ jednak to sprawia przykrość moim przyjaciołom, postanowiłam wyłączyć komentarze, bo ludzie składali mi wyrazy współczucia z powodu głupich wpisów.

Będąc przy temacie felietonu. Jest on uznany za najtrudniejszą formę pisarską.
- Racja. W Twoim STYLU jestem ich autorką od prawie 20 lat. Niedawno magazyn obchodził 20-lecie i napisałam na blogu o tym, że nie zaproszono w odpowiedni sposób Krystyny Kaszuby, która sprawowała przez 14 lat stanowisko naczelnej. Zrobił się wokół tego wielki szum.

Ale weźmy przykład Hani Samson. Kiedy ona pisała felieton w sieci, każdy z nich opatrzony był strasznymi komentarzami. Byłam tym przerażona! Hania była już rozwiedziona z Andrzejem Samsonem, a zwracano się do niej używając okropnych słów, insynuując że sprowadzała dzieci swojemu mężowi itd. Poziom agresji internatów był niezwykle wysoki. Ale podobno to jest specyfika polska. Przy moich felietonach również były komentarze, że nie wiem nic o miłości, bo jestem feministką z owłosionymi nogami i wąsami. Ale zaraz obok tego znajdowały się również pozytywne opinie, które w połączeniu z negatywnymi głosami tworzyły długą dyskusję. Mój mąż jest profesorem psychologii i czytając „moje” komentarze dziwił się, że tych agresywnych było i tak bardzo mało.

A z czego może to wynikać, że było ich mało?
- Grupa osób, która tam wchodziła to ludzie, którzy czytają więcej niż statystyczny Polak. Mają wiedzę i znają się na języku. Uważam, że niektórzy ludzie są tacy agresywni, bo to wynika z ich frustracji, a długo tak nie można żyć, nie da się rady. Ich słów nie powinno się czytać. Niestety szkoda wtedy komentarzy sensownych, które giną gdzieś pośród.

Jest Pani autorką pierwszej powieści internetowej pt. „Krótka historia Iwony Tramp”.
- Napisałam ją przy współudziale internautów. I jeszcze zanim przystąpiliśmy do jej tworzenia od razu padały pytania, kto dostanie za to pieniądze. Myślałam, że uda mi się wciągnąć ludzi w całą akcję. Znalazło się kilka uzdolnionych osób i weszłam z nimi w kontakt. Wymienialiśmy maile i w książce znalazło się kilka ich pomysłów. Ale inni! Nie znali polszczyzny. Na sześćdziesiąt słów, trzydzieści było obelgami.

Zauważyłam, że moi znajomi pisarze i pisarki tworząc swoje blogi nie mają na nich opcji zostawiania komentarzy, bo wiedzą, co się będzie działo. Ja mój blog piszę za darmo, nie pozwalam na reklamy, nikt nie narzuca mi tematyki wpisów i zezwalałam na komentarze. To chyba powoduje, że tak wiele osób odwiedza moją stronę, wiedzą, że traktuję ich dość poważnie. Ale to tak już jest. Kiedy piszę coś lekkiego nagle pojawiają się opinie, że jak mogłam, bo przecież mam na swoim koncie poważne powieści jak „Wióry”, „Wizjer”, „Monografię Grzechów” – moje dzienniki.

Mogę pisać to, co chcę. Bez względu na krytykę, moje i tak jest na wierzchu, bo to krytycy piszą o mnie, a nie ja piszę o nich. Jestem trzydzieści lat na rynku, który głosuje swoimi portfelami. Moje książki sprzedają się naprawdę dobrze, a to coś znaczy, choć nie piszę takich książek jak postacie medialne czy serialowe aktorki, które zostają pisarkami na rok i później znikają. Mnóstwo jest teraz takich. Są pisarze i „pisarze”.

Będąc jeszcze w wirtualnej tematyce, nie przeraża Pani, że bezpośredni kontakt zanika i głównie ogranicza się do sms-ów i komunikatorów?
- Nie przeraża mnie. W ogóle mnie mało co przeraża. Uważam, że bezpośredni kontakt jest najważniejszy, a kontakty internetowe powodują, że ludzie się jednak spotykają. Internet pozwala na kontakt zawsze w pracy, w domu. Obecnie wielu młodych ludzi nie ma czasu na życie towarzyskie. Stąd bierze się potrzeba takiego kontaktu. Sama prowadzę bujne życie mailowe i smsowe.

Ale korzystając z portali randkowych zachowujemy się jakbyśmy kupowali kapelusz, który ma pasować do butów. Blondyn nie, niski nie…

- (śmiech) Są niszowe strony internetowe, gdzie ludzie porozumiewają się na płaszczyźnie wspólnych zainteresowań. I nie mówię o randkach w ciemno. Znam taki przypadek, kiedy dziewczyna była zaręczona i miała już wychodzić za mąż. On informatyk, ona tłumaczka złamująca się literaturą. Byli już po studiach, a ich związek trwał od liceum. Rodziny znały się dobrze i były przygotowane do ceremonii. Jednak ta kobieta nie była w tym związku szczęśliwa. Określam to mianem „trwałej prowizorki” – mamy kogoś niby na stałe, ale tak naprawdę tylko na „przeczekanie”.I ona zaczęła korespondować z jakimś młodym człowiekiem. Zrezygnowała ze ślubu na tydzień przed wyznaczonym terminem. Spotkała się z internetowym przyjacielem i wyszła za niego za mąż. Tylko to nie była w ich przypadku randka w ciemno ale coś głębszego.

Wiem, że bardzo bała się pójść na pierwsze spotkanie, bo nie wiedziała, jak będzie on wyglądał, ale się miło rozczarowała. Są ze sobą już czwarty rok. Ona redagowała „Gdyby zamilkły kobiety”. Jest to studium związku polegającego na tym, że kobieta mówi do mężczyzny i wyciąga od niego informacje, utrzymany w stylu bardziej eseistycznym. Analizuję tam „Szczęśliwe dni” Becketta - ona ciągle mówi, on czyta gazetę. I czytając moją książkę znalazła w niej uzasadnienie, że powinna coś zmienić w swoim związku. Ale nie dało się, bo był zamknięty, nieobecny, nie było mowy o żadnej rozmowie czy dyskusji.

Co by się stało gdyby zamilkły kobiety?
- Gdyby zamilkły kobiety skończyłby się świat. Od tego się wszystko zaczyna. Trzeba mówić nawet do dziecka od samego momentu narodzin pomimo, iż wydaje nam się, że nie rozumie. Dotarłam do badań przeprowadzonych przez Brytyjczyków. Badali dzieci od wieku żłobkowego do momentu pójścia na studia, z rodzin inteligenckich, w których czyta się książki i z takich, gdzie zwyczaj czytania nie istnieje. Te którym czytano lepiej radziły sobie w życiu. To mnie zdumiało, ale utwierdzało w przekonaniu, że dobrze zrobiłam, że cztery pierwsze lata życia mojego syna spędziłam z nim w domu. Moja mama bardzo chciała pomóc, ale ja nie miałam zamiaru pracować na etacie. Było trudno. A materialnie wręcz kiepsko. Wychowywałam go i myślę, że pod względem ustawienia życiowego – i nie mówię tu wcale tylko o względach materialnych – jest dobrze. Jest po biologii, zrobił doktorat. Bo się do niego mówiło.

Dużo rozmawia Pani ze swoim mężem?
- Czasami bardzo dużo, czasem mniej. Ale to nie jest tak, że będąc razem trzeba gadać ze sobą non stop. Dużo rzeczy sobie już powiedzieliśmy, dużo rzeczy dzieje się nowych i trzeba je omówić. Mój mąż jest psychologiem społecznym, robi badania, pracuje z ludźmi, ale sporą część czasu pracuje w domu przy komputerze i potrzebuje skupienia. W moim przypadku jest tak samo. Kiedy siedzimy w swoim pokojach przed komputerami i pracujemy, to wtedy ze sobą nie rozmawiamy. Kiedy któremuś z nas już się nie chce pracować i potrzebuje chwili przerwy, wtedy idziemy wspólnie napić się herbaty. Wieczorami czytamy gazety, książki i też potrafimy ze sobą nie rozmawiać. Mamy takie wieczory, że mąż gra na pianinie a ja rysuję.

Nie wyobrażam sobie jednak tego, żebym sama jadła posiłek. Mój mąż tak samo. My zawsze razem gotujemy razem jemy, w kuchni rozmawia się przy tym bardzo dużo. Czasami gdy człowiek kogoś dobrze nie zna i są to dopiero początki poznawania, wtedy moment przerwy w rozmowie uznany jest za nudę i dłużyznę. Będąc w długoletnim związku wiem, ze to jest niezbędne dla higieny psychicznej. Miło jest pomilczeć z ukochaną osobą. A wie pan kiedy najlepiej się milczy?

Nie wiem. Kiedy?
- Leżąc w ogrodzie na leżakach przy śpiewie ptaków.

Pani mąż to najlepszy Pani przyjaciel?
- Tak. Ale nie uważam, że trzeba sobie wyjawiać wszystkie tajemnice. Bez tajemnicy nie ma życia. Pisząc jedną z powieści napisałam, że chciałabym mieć tajemnice sama przed sobą. Tę myśl podarowałam swojej bohaterce. Tajemnica to fajny motor i nie chodzi tu o zatajenie zdrady, ale są pewne rzeczy, które powinny zostać nieopowiedziane. Uważam, że ludzie popełniają duży błąd i od razu na wstępie mówią sobie za dużo. To jest przeważnie błąd kobiecy.

Mężczyźni są bardziej zachowawczy?
- Oni prowadzą inne życie. W sprawach psychologicznych i obyczajowych mają znacznie mniej do powiedzenia. Czasami jednak tajemnicą jest inna żona w innym kraju. Nie o takie tajemnice chodzi.

Powiedziała Pani takie zdanie: „Kobiety powinny traktować mężczyzn z przymrużeniem oka”. Jak mężczyźni powinni traktować kobiety?
- Poważnie. „Przymrużenie oka” to jest coś, co pozwala tolerować pewne zachowania, które nie powinny mieć miejsca, ale nie da się ich zmienić. Nie można też samego siebie traktować zbyt poważnie. I to nie chodzi o lekceważenie czy bagatelizowanie. Poczucie humoru to fundament dla wieloletniego małżeństwa. Często jednak popełniamy błąd, bo bierzemy namiętność za miłość. I nagle zakochujemy się, jest wspaniale, spotykamy się na mieście, jest ciągłe święto. Później zaczynamy mieszkać pod jednym dachem i nagle seks jest tylko trzy razy w tygodniu, później dwa, potem raz.

Seks w ogóle jest przereklamowany. Kiedy to powiedziałam po raz pierwszy, otrzymałam mnóstwo maili od kobiet ze słowami, że zgadzają się z moją opinią. Maria Czubaszek też się ze mną zgodziła. Chodziło mi o to, że każda reklama, która ma sprzedać produkt jest z albo milutkimi dziećmi, które powodują u nas drżenie serca, albo przez seks. Bombardowanie mężczyzn pięknymi kobietami z każdej strony może ich deprymować.

Pani uważana jest za osobę, która radzi.
- Ja nikomu nie radzę!

Denerwuje Panią ta metka Krystyna Kofta -Pani Dobra Rada?
- Nie, bo wiem, że nikomu nie radzę i nawet książka „Jak zdobyć, utrzymać i porzucić mężczyznę” była trochę parodią. Napisałam, że nie ma sensu radzić, bo każdy uczy się na swoich błędach. Na cudzych nie da się dowiedzieć czegokolwiek. Jeśli ktoś mnie o coś prosi i pyta w jakiejś ważnej kwestii to zawsze staram się służyć swoją pomocą. Przeszłam poważną chorobę, opowiedziałam o niej, napisałam dziennik i nagle stało się tak, że ludzie proszą mnie o radę.

Wiem z Centrum Onkologii, że moje felietony sprawiły, że wiele kobiet przyszło się przebadać. Jak pracuję wyłączam telefon komórkowy i stacjonarny. Gdybym poszła w udzielanie rad, mogłabym siedzieć cały dzień i nic innego nie robić. Ale są sytuację, że muszę odpowiedzieć. Kiedy ta choroba dotyka młodych ludzi, wali im się świat i nie wiedzą, co mają ze sobą zrobić. Daję im wtedy namiar do kontaktowych, ludzkich lekarzy, bo niektórzy są tacy, że odnosi się wrażenie, jakby rozmawiało się z automatem. Nie ma u nas tego, że istnieje interakcja między lekarzem a osobą chorą.

Wystąpiłam kiedyś na sympozjum dla chirurgów onkologów z punktu widzenia pacjentki, która mówi głośno o chorobie i pisze. Jeden z profesorów z Krakowa powiedział mi, że pomimo iż ma 35-letnią praktykę usłyszał ode mnie rzeczy, o których nie miał zielonego pojęcia. To mówienie o chorobie, pomoc różnym ludziom zabiera mi trochę mojego życia. Może powinnam napisać jeszcze jedną książkę na ten temat? Nie. Ja wolę pomóc każdemu oddzielnie a pisać o czym innym. Wiem jedno - ma to sens. Trzeba znaleźć złoty środek i nie pozwalać na to, aby jakaś sprawa weszła w każdą dziedzinę twojego życia. Ja wiem, jak to zrobić. Jestem twarda i to potrafię.

Ludzie muszą być Pani bardzo wdzięczni za słowa otuchy i za to, że mówi Pani głośno o swojej chorobie? To daje im motywację?
- Bardzo często spotykam się z takim wzruszającymi momentami. Nie jestem jakaś szczególnie sentymentalna, ale nagle spotykam kogoś w sklepie czy ulicy, albo ktoś informuje mnie, że po przeczytaniu mojej książki wziął się w garść. Łzy mi wtedy lecą same. Mówią do mnie „Pani Krystyno” pomimo, że mnie nie znają. Ale nie razi mnie to nic a nic. To są momenty niesamowite. Mam wtedy ciarki, ale naprawdę jest to do wytrzymania (śmiech).

Śmiało przyznaje Pani, że pieniądze są bardzo ważne.
- One są szalenie ważne, ale nie chodzi o wielkie sumy. W biedzie można być szczęśliwym jeśli ludzie świetnie się rozumieją. Początki naszego małżeństwa przypadły na ciężkie lata, były studia, a potem gdy urodziłam dziecko siedziałam w domu. Od czasu do czasu udało mi się tylko sprzedać zagranicę jakieś rysunki mojego autorstwa. Zarabiałam na siebie od czasów liceum. Kiedy byłam na studiach w Toruniu rodzice przysyłali mi pieniądze, ale ja je odsyłałam, bo chciałam być niezależna a oni sami mieli niewiele.

Przez kłopoty finansowe znienawidziłam wakacje. Zwykle jeździliśmy w fatalnych warunkach, pociągami. Siedzieliśmy na plecakach w korytarzu z małym dzieckiem. Musieliśmy wyjeżdżać, bo nasze warunki mieszkalne były fatalne. Mieszkaliśmy w 16-metrowym pokoju w mieszkaniu teściowej w Śródmieściu. Takie były czasy. Pieniędzy było mało i było dużo łatwiej o kłótnie. Bez pieniędzy trochę trudniej jest się zrozumieć. U nas nie było jednak nigdy kłótni na ten temat. Raz mąż zarabiał więcej, raz ja. Później nasze zarobki się wyrównały. Zazwyczaj dostaję jednorazowo pieniądze, np. zaliczkę na książkę i dzięki temu nauczyłam się gospodarować nimi w taki sposób, aby na wszystko starczało.

Oszczędza Pani?
- Mam takie żelazne pieniądze. Jak zachorowałam to przeznaczyłam je na operację. Wiedziałam, że jeżeli będę chciała zrobić ją państwowo i wcisnąć się na listę, to ktoś z niej spadnie, jakaś kobieta, która w ogóle nie będzie miała pieniędzy. Jak pisałam swój dziennik miałam wątpliwości, czy pisać o tym, że zapłaciłam za zabieg. Moja pani doktor powiedziała, że koniecznie muszę zamieścić to w książce. Bo może jakaś znana zamożna kobieta zrozumie dzięki temu, że powinna zapłacić, a nie wciskać się przed inną chorą. Rozumiem, że każdemu należy się opieka medyczna, ale nie mogłam czekać w kolejce w tym stadium choroby. Pieniądze dają wolność. Nie chodzi mi o wielkie pieniądze, które trzeba inwestować.

Jestem członkiem honorowym Klubu Polskiej Rady Biznesu. Dzięki temu poznałam bardzo bogate kobiety, które pomimo tego, że mają duże pieniądze to żyją skromnie. Te pieniądze są dla nich tylko narzędziem. Wieki temu pewien filozof napisał, że „to my powinniśmy rządzić pieniądzem, a nie pieniądz nami”. Karty kredytowej też to dotyczy.

Na co najchętniej wydaje Pani pieniądze?

- Na dom i na prezenty. Kupuję ciuchy wyłącznie na wyprzedażach,i czasami robię małe wyjątki, kiedy coś podoba mi się bardzo a została ostatnia sztuka. Wchodząc do sklepu od razu pytam jaki dostanę rabat. Ostatnio kupiłam w prezencie dla nas wszystkich trzy malutkie notebooki w jednym z sieciowych sklepów i udało mi się utargować cenę. Mój mąż zrobił oczy w słup. Ten sprzedawca patrzył na mnie dość dziwnie. Powiedziałam, że gdy kupuję trzy komputery to już nie jest detal a hurt. Poszedł porozmawiać z kierownikiem i dostałam blisko piętnaście procent rabatu. Wiem, że jak firma jest bogata stać ich na to, aby dać mi rabat. Nigdy natomiast nie będę targować się ze starszą panią sprzedającą pietruszkę i jabłka.

Ale to, co uwielbiam robić - i przyzwyczaiłam do tego też męża - to kupowanie ubrań. Dostajemy newslettery ze sklepów i zawsze mamy taki zwyczaj, że na święta kupujemy sobie drobiazgi, zaś później, kiedy są wyprzedaże szalejemy. Wspólne kupowanie jest świetne. Wydajemy sporo pieniędzy na książki. Wykupujemy również karnety na koncerty do filharmonii. Rzadko jednak wydajemy pieniądze na takie przyjemności jak restauracje, bo najbardziej lubimy jadać w domu. Staram się czuwać nad pieniędzmi.

Bezsilność spowodowana brakiem finansów jest straszna?
- Jest to okropne uczucie. Kiedy kupowaliśmy nasz domek, wzięliśmy kredyt, którego raty z dnia na dzień podniosły się. Nie wiedzieliśmy co zrobić. Pożyczyliśmy pieniądze od Jonasza, brata męża, później go spłacaliśmy. Od innej osoby, pożyczyliśmy pieniądze na zasłony. Nie mieliśmy nić! Ani grosza! Te doświadczenia nauczyły mnie odkładania pieniędzy na tzw. „czarną godzinę”.

Na podróże po świecie też nie wydaje pani dużych sum?
- Też nie, bo jest to związane z moimi złymi doświadczeniami. Cały ten proces dostania się gdzieś jest przez mnie znienawidzony. Ale jest tu pewien dysonans, bo uwielbiam hotele. Raz leciałam samolotem i powiedziałam sobie wtedy, że to był mój pierwszy i ostatni raz. Mam klaustrofobię. Windy też nie lubię, ale jeżdżę nią, bo czasami nie mam innego wyjścia. Nigdy jednak nie robię tego sama. Jestem pisarką, mam prawo mieć wariackie papiery (śmiech). Każdy powinien mieć jakieś wariactwa. Ale dzięki Bogu nie mam histerycznej natury.


Rozmawiał: Wiktor Krajewski
fot. Glinka Agency
Źródło: www.ikmag.pl
Oceń ten artykuł:  1 pkt 2 pkt 3 pkt 4 pkt 5 pkt    Aktualna ocena: 0,00
 
Wyślij e-mail rekomendujący ten artykuł
E-mail adresata
 
 
Krystyna Kofta: Mam prawo mieć wariackie papiery
Z pisarką Krystyną Koftą rozmawiamy o jej nienawiści do wakacji, internetowych miłościach, dziwnych snach oraz pieniądzach.
Czytaj cały artykuł

 
Twoje Imię i Nazwisko
 
Twój E-mail
 
 
Dodaj swój komentarz do artykułu.
 
Komentarz
Autor
 

Wasze Komentarze

bardzo dobry wywiad
Ola 2012-04-09 08:31:51


Wszystkie komentarze są własnością ich autorów. Autor ponosi pełną odpowiedzialność za treść wpisu. Jeżeli wynikną z tego konsekwencje prawne, planetakobiet.com.pl może przekazać wszelkie informacje stronom zainteresowanym na temat danego użytkownika oraz pomóc w jego zlokalizowaniu.

Konkursy

Wywiady z gwiazdami

Newsletter

Zapisz się do naszego newslettera

 
zapisz wypisz

Nasza Ankieta

Co najbardziej cenisz w mężczyźnie?

zagłosuj
Moda   Trendy   Projektanci   Modna w ciąży   Ciekawostki   Porady stylisty   Zdrowie i Uroda   Zdrowie   Uroda   Make-up   Rozmaitości   Kącik kulinarny   Z życia wzięte   Wielki świat   Motoryzacja   Nasze dzieci   Porady   Nasz ślub   Kultura   Muzyka   Kino   Teatr   Książka   Konkursy   Konkurs SMS-owy   Konkurs książkowy   Konkurs muzyczny   Wywiady z gwiazdami   Polityka   
Copyright © 2012 Planeta Kobiet. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie L77 - Strony internetowe Strony internetowe