Piątek, 18 maja 2012r. Alicji, Edwina, Eryka
 Szukaj
FACEBOOK RSS EMAIL Strona główna
Planeta Kobiet

Obraz jest świadectwem istnienia

Od 45 lat odmierza w swych dziełach czas. I choć tworzenie nie pomogło mu oswoić się z lękiem przed śmiercią, Roman Opałka wciąż wypełnia płótno ciągiem liczb. Olbrzymich rozmiarów płótna, które najpierw były czarne, z czasem stały się szare, a dziś są białe. Na nich zapisany ciąg liczb. Pozornie bez ładu i składu. Obok fotografie twórcy, widzimy coraz bardziej starzejącego się mężczyznę w białej koszuli.

Ale to nie wszystko: w tle słyszymy jeszcze dobiegający z głośników monotonny głos artysty, który niczym grecki bóg Chronos odlicza i przypomina. O czym? O przemijaniu, o nadchodzącej śmierci, o małości, a może o wielkości ludzkiego istnienia.

Tak można by w skrócie opisać wielki projekt artystyczny Romana Opałki, który trwać będzie aż do... śmierci malarza.

Ten radykalny artystyczny program, w którym artysta za przedmiot ustanowił swoje życie, sprawił, że dziś Roman Opałka należy do grona najlepiej znanych i... zarabiających twórców z Polski.

Opałka pisał przed laty, że od obrazów artysty bardziej interesująca jest, również pełna liczb, książka telefoniczna. Niewątpliwie jednak to właśnie indywidualna koncepcja tej twórczości, poświadczona wykorzystaniem zmieniającego się w czasie własnego wizerunku i własnego głosu, podniesiona do rangi uniwersalnego przesłania o charakterze współczesnego memento mori - zapewniła artyście międzynarodowy sukces. Także komercyjny, malarz bowiem sprzedał już obrazy, które jeszcze nie powstały.

Na stałe jest związany z Francją, choć długo bronił się przed wyjazdem z Polski; urodził się 27 sierpnia 1931 w Abbeville, w wielodzietnej rodzinie emigrantów zarobkowych. W czasie II wojny światowej został z całą rodziną wywieziony na roboty do Niemiec.

Po wojnie natomiast rodzina Opałków osiedliła się w Polsce. Roman rozpoczął studia w PWSSP w Łodzi, potem przeniósł się na ASP w Warszawie. W 1957 roku, tuż po studiach, wyjechał na stypendium do Paryża. Sam przyznaje dziś, że podjął wówczas zasadniczą decyzję; miał obywatelstwo francuskie, a jednak powrócił do komunistycznego kraju, by malować w pracowni o powierzchni 9 m kw.

Dzięki tej decyzji narodził się projekt, który sprawił, że malarstwo Opałki jest bezbłędnie rozpoznawane na całym świecie. A wszystko przez... przypadkowe spóźnienie:

- Ważny był pewien moment w kawiarni w hotelu Bristol (w Warszawie) - wspomina artysta na łamach "Zwierciadła ("Z" 07/2010).

- Czekałem na Halszkę Piekarczyk moją pierwszą żonę, choć nigdy nie wzięliśmy formalnego ślubu. Niesłychanie się spóźniła. Czekanie jest bardzo dobrą sytuacją w życiu. Jak się czeka, to się ma czas. Robiłem rodzaj bilansu swojego życia. Byłem wówczas w wieku Chrystusowym. Miałem sukcesy, moja twórczość graficzna była nagradzana, a jednak... Na tym stoliku była serwetka, zacząłem na niej notować cyfry "jeden, dwa" to były przymiarki. Wtedy już powstała idea mojego programu. Już wtedy byłem przekonany, że albo to, albo nic. Kiedy powiedziałem o tym Halszce, była przerażona. Przez pierwszy rok stawała między sztalugą a mną. Ja byłem zdecydowany za wszelką cenę trwać przy mojej idei. Ona nie była przekonana; może byłoby jej łatwiej, gdybym nie miał innych możliwości, ale miałem je. Bardzo na początku cierpiała, że się skazałem na taką realizację. Później stała się fanatyczką tej postawy.

Pierwszy mój obraz powstawał około 7 miesięcy, nie dlatego jednak, że aż tyle czasu potrzeba było na jego wykonanie w sensie fizycznym. Trwało to 7 miesięcy, ponieważ jeszcze się wahałem, przerywałem nad nim pracę. Przyjęcie takiej postawy jak moja było dużym wyzwaniem. Potem malowałem do 10 obrazów rocznie. Dziś jestem w stanie namalować może jeden i pół następnego.

Traktuję to jak spacer. Na spacer wychodzi się, nie biegnąc i nie zmuszając do wyjścia. na spacer wychodzi się, kiedy ma się na to ochotę. Tyle, że mój "spacer", progresja liczb w moim dziele, jest długodystansowy. Jak maraton, który nota bene w swojej oryginalnej wersji również zakończony był śmiercią.


Niestety, nie każdy z otoczenia Romana Opałki potrafił ten program zrozumieć i docenić. Z czasem życie w PRL artysty, który zaczął na całym świecie zdobywać sławę, stawało się coraz trudniejsze:

- Utrzymywałem w Warszawie pracownię, miałem dom na Mazurach - opowiada Roman Opałka.

- Byłem jednak coraz gorzej widziany w środowisku. Moja obecność, mój program, w jakimś sensie przeszkadzały. Sam fakt, że jednym obrazem mogłem zarobić na rok znakomitego życia w Polsce, był skandalem. Zamiast być zadowolonym, że jest polski artysta, który mieszka w Polsce i jest znany na świecie, mówiono o śmiesznej wyliczance Opałki, jak nazwał to Andrzej Osęka, który stwierdził, że woli czytać książkę telefoniczną niż czytać moje obrazy.

To właśnie brak zrozumienia sprawił, że Roman Opałka postanowił przenieść się do Francji. Tu tworzy, tu spotyka się ze znajomymi. A jednak ceny, jakie osiągają jego obrazy, wciąż budzą podziw zmieszany z zazdrością. W galerii Yvon Lambert jego płótna kosztują od 500 tys. do 600 tys. euro, a można przecież spodziewać się, że zyskają na wartości po śmierci artysty.

Nieco szokujący może wydawać się fakt, że ostatni obraz, który Roman Opałka dopiero namaluje, już został sprzedany! Szczęśliwy posiadacz dzieła, które przez śmierć Opałki zamknie cały cykl, to Gerhard Lenz, znany kolekcjoner sztuki z Austrii. Co więcej, artysta nieskromnie przyznaje, że dawno nie posiada już bajecznie wysokiej kwoty, jaką kolekcjoner zapłacił za dzieło, które jeszcze nie powstało. Powód? Wystawny tryb życia, do którego zarówno Roman Opałka jak i jego żona już przywykli.

Jednak tego typu doniesienia nie powinny przysłaniać prawdziwych pobudek, dla których Opałka wciąż realizuje swój program: - Człowiek jest skazany na trudności w zrozumieniu racji swego istnienia - ocenia Roman Opałka.

- Po co, na co? Nie mówiąc już o odpowiedzi na pytania: po co robić sztukę? Po co być artystą? Po co być skazanym - nieprzypadkowo używam tego określenia - na przekonanie, że trzeba coś zrobić? Byłem fanatycznie przywiązany do przekonania, że trzeba coś zrobić. To można widzieć niemal jako rodzaj patologii. Przecież można normalnie żyć, zarabiać, założyć rodzinę, mieć dzieci. Nie chciałem tego. Nie mam dzieci, to moja świadoma decyzja. Gdybym miał rodzinę, to na pewno nie wszedłbym na drogę, na której dziś jestem.

Taka postawa niesie przede wszystkim mnóstwo pytań o sens kontynuowania dzieła i borykania się z istnieniem. Zwłaszcza w czasach, gdzie głośno mówi się o tym, że sztuka wyczerpała się, a osiągnięcie czegokolwiek nowego na tym polu nie ma dziś już sensu.

- Moją postawę można widzieć jako ekstremalną w wyrzeczeniu się różnych wariantów życia i twórczości. Czy żałuję? Każdy może coś wymyślić, coś namalować. Ja wcześnie zrozumiałem, że z historycznego punktu widzenia to już nie ma sensu. Pragnienie ciągłego odkrywania nowych horyzontów możliwe jest do spełnienia na spacerze, ale już nie w sztuce. Ktoś może powiedzieć: szkoda, że Opałka się zmarnował, że robi tylko te liczby.

Owszem, byłyby inne obrazy, być może dobre. Lepszej i silniejszej racji dla obrazu jednak nie byłoby. Ja zrozumiałem, że to musi powstać. Ktoś się musi zdecydować na taki silny gest zakończenia pewnej historii, jaką nazywamy malarstwem, w kontekście tego czym była, może jest awangarda
– mówi artysta.

Tajemnica Romana Opałki wciąż pozostaje jednak nierozwiązana. Czy twórca, który poświęca tak wiele na realizowanie swej ekstremalnej postawy, zasługuje na podziw czy pusty śmiech? Czy zmaganie się z problemem śmierci, istnienia i przemijania ma sens? I gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla artysty i jego dzieła?

Choć wiele pytań pozostanie bez odpowiedzi, możemy być pewni jednego. W takich okolicznościach śmierć nie stanowi końca, lecz jest tylko jednym z wielu elementów tworzących skomplikowaną całość. - Śmierć jest tylko instrumentem do skończenia obrazu.

W kontekście mojego programu śmierć nie jest złą wiadomością. Za jej sprawą obraz będzie skończony w sposób jak nigdy doskonały.

- Wszyscy artyści kończą śmiercią, kończą jednak swoją działalność artystyczną, a nie obraz - stwierdza artysta.

Joanna Bielas, IK Magazine
fot. East News
Oceń ten artykuł:  1 pkt 2 pkt 3 pkt 4 pkt 5 pkt    Aktualna ocena: 5,00
 
Wyślij e-mail rekomendujący ten artykuł
E-mail adresata
 
 
Obraz jest świadectwem istnienia
Od 45 lat odmierza w swych dziełach czas. I choć tworzenie nie pomogło mu oswoić się z lękiem przed śmiercią, Roman Opałka wciąż wypełnia płótno ciągiem liczb.
Czytaj cały artykuł

 
Twoje Imię i Nazwisko
 
Twój E-mail
 
 
Dodaj swój komentarz do artykułu.
 
Komentarz
Autor
 

Wasze Komentarze

Jeszcze nie skomentowano powyższego artykułu.

Wszystkie komentarze są własnością ich autorów. Autor ponosi pełną odpowiedzialność za treść wpisu. Jeżeli wynikną z tego konsekwencje prawne, planetakobiet.com.pl może przekazać wszelkie informacje stronom zainteresowanym na temat danego użytkownika oraz pomóc w jego zlokalizowaniu.

Konkursy

Wywiady z gwiazdami

Newsletter

Zapisz się do naszego newslettera

 
zapisz wypisz

Nasza Ankieta

Co najbardziej cenisz w mężczyźnie?

zagłosuj
Moda   Trendy   Projektanci   Modna w ciąży   Ciekawostki   Porady stylisty   Zdrowie i Uroda   Zdrowie   Uroda   Make-up   Rozmaitości   Kącik kulinarny   Z życia wzięte   Wielki świat   Motoryzacja   Nasze dzieci   Porady   Nasz ślub   Kultura   Muzyka   Kino   Teatr   Książka   Konkursy   Konkurs SMS-owy   Konkurs książkowy   Konkurs muzyczny   Wywiady z gwiazdami   Polityka   
Copyright © 2012 Planeta Kobiet. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie L77 - Strony internetowe Strony internetowe