Czy wygnany Lucyfer płakał – myśl przychodzi sama i drąży głowę nie pozostawiając miejsca na inne-czy on płakał, tak jak ty teraz. Patrzę na ciebie i nie wiem, czy wtedy płakałeś.
- Ja jestem tym złem o które modliłaś się w nudzie, w szarości swoich dobrych dni i przyszedłem, byłem, a teraz uciekaj dopóki jest dokąd. Póki nie zniszczyłem cię całkowicie, póki jeszcze istniejesz, nie stałaś się mną, uciekaj - bełkoczesz siedząc pijany na kanapie w wynajętym mieszkaniu, które tak usilnie staram się nazywać domem.
Twoje łzy mieszają się ze śliną. Nie masz władzy nad fizjologią, ale twoje myśli są jasne. Mówisz prawdę, to największy przejaw humanitaryzmu na jaki cię stać. Powinnam wyjść natychmiast, powinnam zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i zniknąć zacierając starannie ślady, mój plan się nie powiódł. Już wiem, że przegrałam.
Nie pokonam cię, nie odmienię, może mogę uratować jeszcze siebie, może. I znowu stoję z tobą na polanie w środku lasu, patrzę do góry i widzę setki gwiazd, przez ułamek chwili czuję spokój.
Ty tego nie pamiętasz, dla ciebie niebo jest dla frajerów, ale ja za tę sekundę prawdziwego życia jestem twoją dłużniczką. Zostanę. Obydwoje przegramy, znienawidzimy się już wkrótce, ale zostanę.
Jak przerwać twój opętańczy napad szczerości? Zdejmuję buty i rzucam nimi w ciebie, najpierw prawym, potem lewym – kolejność czysto przypadkowa. Trafiam, ale to nic nie zmienia, nie zauważasz nawet tych mizernych pocisków.
Nadal siedzisz kołysząc się spazmatycznie, uciekaj, zanim cię zniszczę - krzyk stopniowo przechodzi w bezradny szept, słowa zlewają się w cichy skowyt. Zaraz zaśniesz, ale na razie trzeba odwrócić twoją uwagę, przeczekać.
Opanowuję ogarniającą mnie falę mdłości i klękam przed tobą, łzy zaczynają płynąć same. Gdy płacze się tak często jak ja, łzy są bardzo rozcieńczone i dzięki małej zawartości soli, już prawie nie pieką.
Zaczynam wypowiadać miłosne zaklęcia, codzienną mantrę. Rytm moich słów usypia cię, słyszę nieregularne chrapanie – udało się, jeszcze istniejemy. Przykrywam cię kocem i idę do łazienki.
Podłoga jest zimna, gładź kafelków w dziwny sposób nie realna. Tęsknota za twoim ciałem sprawia fizyczny ból. Leżysz kilka metrów ode mnie, a ja obgryzam paznokcie z tęsknoty za mocnym uściskiem, który zdaje się być taki bezpieczny kiedy okłamuje mnie każdej nocy.
Nie mogę położyć się obok ciebie - to zły pomysł. Musisz zostać sam, w całkowitej ciszy, żeby kłębiące się w tobie demony też usnęły. Staram się wykorzystać ten czas i pomyśleć racjonalnie. Udaje mi się wyciszyć, ukołysać zwinięte w kłębek ciało.
Widocznie w tych gwiazdach na które patrzyłam z dziecięcym zachwytem było napisane, że oddam godność i poglądy, że oddam wszystko co posiadam i że nie będę miała przyjaciół, rodziny i nadziei, bo taka jest cena za twoją obecność. Dobrze, zgadzam się, akceptuję, zawsze lubiłam drogocenności.
Czekam już tylko na cyrograf. Prawdopodobnie na takich dokumentach nadal należy podpisywać się czerwienią, cóż wychowana w rodzinie z tradycjami respektuję obyczaje. Noblesse oblige, prawda kochanie ? Chyba udało mi się usnąć, bo przez wywietrzniki w łazienkowych drzwiach wpada dzienne światło.
Kolejne święto, dziś obchody naszego sześćset dwunastego wspólnego dnia. Trzeba wstać i czujnie uśmiechać się do ciebie. Nie można wspominać o wczorajszym. Może dzięki takim zabiegom ten rozpoczynający się dzień wrzucę do szufladki opisanej : jednak warto.
Nie można cię złościć, masz przecież tyle na głowie, że irytujesz się bardzo łatwo. Masz tylko mnie, więc jeśli będziesz musiał, to na mnie rozładujesz swoją złość. Tak wnikliwie opanowałeś instrukcję obsługi, że nie musisz bić. Ciosy zniosę, nawet tak silne jak twoje, więc zaatakujesz mnie obojętnością.
Gdy z nonszalanckim uśmiechem rzucisz od niechcenia – skąd w ogóle przyszło ci do głowy, że ciebie można pokochać - to wejdę w swój kąt między zabytkową szafę którą dostaliśmy od twoich rodziców a marmurowy parapet i tam będę czekała na ułaskawienie, na twoje silne ramiona dobrodusznie wyciągnięte w moją stronę.
Znam rolę dokładnie, wiem co należy do moich obowiązków . Wstaję nie myśląc o piekących oczach i bolących mięśniach. Trzęsącymi się rękami robię makijaż, maskuję dowody wczorajszej nocy. Zanim obudzisz się zdążę wrócić ze sklepu.
Mam nadzieję, że ze skrzynki nie wyciągnę kolejnych wezwań do sądu, że policjanci czekający w radiowozie pod naszymi oknami odjechali, a portier ze źle ukrywaną ciekawością nie zacznie znowu wypytywać czy mój przystojny i przedsiębiorczy narzeczony jest świadkiem w jakiejś ważnej sprawie ( pewnie gospodarczej, albo politycznej bo przecież wygląda na dobrze prosperującego biznesmena).
Chcę uciec przed zachwytami pani z warzywniaka. Boje się, że jeśli znowu usłyszę jak piękną jesteśmy parą, powrócą mdłości. Robiąc zakupy będę modliła się o ten nasz kolejny dzień powszedni.
Modlitwa będzie pozbawiona adresata, bo już nie wiem do kogo powinnam ją kierować. Przechodząc na twoją stronę musiałam po trzykroć wyprzeć się Boga zwykłych ludzi i potrafię modlić się już tylko do ciebie, a w ciebie trudno jest mi wciąż wierzyć.
Z drugiej strony ateizm jest dla silnych ludzi, a ja jestem słaba, przecież prawie mnie już nie ma. Kupię gazetę i świeży sok marchewkowy. Gdy wejdę do domu, ty otworzysz oczy, rozbłyśnie światło. Powiesz ciepło - cieszę się że jesteś.
Wtedy znowu może uda mi się oszukać siebie i uwierzyć, że to tylko moja paranoja, że masz rację twierdzą, że Bóg cię źle osądził i wygnał bezpodstawnie, a dobro jest umowne.
Czytelniczka Planety Kobiet
fot. www.elwood.com
Marzena 2010-05-27 15:17:12
Anonim 2010-05-26 19:56:18
zgredek 2010-05-26 19:44:02
smutna 2010-05-26 18:07:30
Anonim 2010-05-26 18:04:10
Danuta P. 2010-05-26 17:11:53
jabłuszko23 2010-05-26 16:51:41
A. 2010-05-26 16:48:20
Wszystkie komentarze są własnością ich autorów. Autor ponosi pełną odpowiedzialność za treść wpisu. Jeżeli wynikną z tego konsekwencje prawne, planetakobiet.com.pl może przekazać wszelkie informacje stronom zainteresowanym na temat danego użytkownika oraz pomóc w jego zlokalizowaniu.