Występem w Kielcach rozpoczęła się 10. października blisko dwumiesięczna trasa koncertowa Andrzeja Piasecznego i Seweryna Krajewskiego.
Nieprzypadkowo artyści zdecydowali się na granie w filharmoniach i teatrach: wszystkie występy są rejestrowane, a dzień po ostatnim koncercie w Częstochowie - 30. listopada - planowana jest premiera płyty
Na przekór nowym czasom - live.
Pierwsze koncerty trasy promującej płytę Spis rzeczy ulubionych już za panem. Jakie wrażenia?
- Teraz już genialne, chociaż nie ukrywam, że pierwszy koncert w mieście, w którym mieszkam, to było wyjątkowe napięcie: moje, zespołu, a także, jak sądzę, Seweryna. Ale po pierwszych dwudziestu minutach wszystko stało się jasne: nie ma przeciągania liny między publicznością a artystą. Mam wrażenie, że nie dojdzie do niego już do końca trasy. To jasne, że za sprawą udziału Seweryna wszyscy, którzy zdecydowali się przyjść na koncert, są od razu po naszej stronie.
Podobno udało się panu w Kielcach sprowokować Seweryna Krajewskiego do uśmiechu? Czy było to trudne?
- (śmiech) Nie, Seweryn ma specyficzne poczucie humoru, ale nie jest, broń Boże, smutasem. To człowiek obdarzony dużą nostalgią i słychać to we wszystkim, co pisze, ale ma genialne poczucie humoru, chociaż być może trzeba się do niego przyzwyczaić albo lubić ten rodzaj dowcipu. Natomiast kiedy występujemy na żywo, nie mówimy w ogóle o poczuciu humoru, tylko o emocjach, które wywołują - albo nie - uśmiech na twarzy. Mam wrażenie, że wynika to przede wszystkim z naszej relacji na scenie. Mimo wszystkich rzeczy, które nas dzielą, bo choćbyśmy wiele przystających cech posiadali, to jednak jesteśmy różnymi ludźmi, nasza relacja na scenie jest bardzo otwarta. Czujemy się tam jak starzy znajomi, jak dobrzy przyjaciele, chociaż nie ukrywam, że dla mnie jest to w dalszym ciągu relacja uczeń - mistrz. Ale ten mistrz ma uśmiechniętą twarz. To przyjazny mistrz, taki, który nie bije linijką po łapie, tylko spokojem i klasą powoduje zrozumienie pewnych rzeczy, głównie jeśli chodzi o aparat wykonawczy.
Wcześniej współpracowali panowie przede wszystkim w studiu i podczas prób przed koncertami. Teraz macie za sobą pierwsze występy na żywo przed publicznością, tym bardziej szczególne, że Seweryna Krajewskiego nie można było zobaczyć na estradzie od dwudziestu lat. Czy podczas koncertów coś pana zaskoczyło?
- To, co robiliśmy do tej pory, czyli prezentowanie sobie utworów, jakieś korekty i tak dalej, wymagało od nas dużego poziomu akceptacji. Ale kiedy przechodzi się do relacji bezpośredniej, czyli obcowania na scenie czy na próbach, akceptacja jest już z góry założona. Trzeba przejść krok dalej, do otwartości, o której mówiłem. Co mnie zaskoczyło? To, że Seweryn śpiewa genialnie - wiedziałem. Ale nie sądziłem, że mimo tych dwudziestu lat nieobecności na scenie będzie z koncertu na koncert w coraz lepszej formie. Nie mówię o wieku, nie o to chodzi. Ale można było obawiać się, czy udźwignie taki ciężar, bo to olbrzymi wydatek energetyczny. Tymczasem Seweryn z koncertu na koncert jest coraz lepszy. Mam już za sobą niejedno sceniczne doświadczenie, udało mi się dotrzeć do pewnego poziomu, który uznaję za wyjątkowy i cenny. To taki moment w moim życiu, kiedy doceniam wszystko, co się dotąd stało. I mogłoby się zdarzyć, że uznałbym ten poziom za satysfakcjonujący. Ale jest mi dane stawać na scenie obok człowieka, który sposobem i spokojem śpiewania, nawet tym, że nie mówi podczas koncertu ani słowa, udowadnia, jak wiele jest jeszcze do osiągnięcia. Istnieje pokusa, by uznać poziom, do którego się dotarło, za wystarczający. Można w ten sposób na własną prośbę zrezygnować z drogi, która jest jeszcze do pokonania. A Seweryn jest chodzącym i grającym dowodem na to, że ta droga może nie mieć końca. Wracając do uśmiechu, tego, który pojawia się między nami. Oczywiście próbuję go ubrać teraz w słowa, ale nie ma takich słów. Chyba, że słowa poety.
Skoro jesteśmy przy słowach: jak pan się czuje, kiedy pańskie teksty konfrontują się na scenie z tekstami Agnieszki Osieckiej? W programie występu Seweryna Krajewskiego pojawiają się głównie utwory z napisanymi przez nią słowami, m.in. Uciekaj moje serce czy Kiedy mnie już nie będzie.
- Czuję się bezwstydnie. Bardzo długo, już na etapie pisania płyty, wstydziłem się nawet myśli o tym, jak takie nieuniknione porównanie może wypaść. Teraz piszę teksty do płyty, która być może ukaże się kiedyś jako album Seweryna. Natomiast doświadczenie koncertowe daje mi wiedzę, że jest niespotykana liczba form, których można w życiu doświadczyć. Choćby miłość, smutek, żal, które są uczuciami jednorodnymi, ale w słowach mogą przybierać bardzo różne formy. Słowa, które w te formy łączyła Agnieszka Osiecka, są bardzo specyficzne, wyjątkowe. Również mistrzowskie. Okazuje się więc, że ta relacja, choćby wypadała całkiem nieźle - a wydaje mi się, że wypada całkiem dobrze i dlatego mówię o pewnym rodzaju bezwstydności - w dalszym ciągu pozostaje relacją uczeń-mistrz, tylko że mistrz jest inny. Nie sądzę, żebym chciał powrócić przy próbach pisania kolejnych piosenek do tego, by myśleć o tym, jak to robiła Agnieszka Osiecka. Chodzi o to, żeby nie ścigać się z nią, ale próbować dościgać. Chciałbym uniknąć takiej pokusy, ponieważ sposobów na dostrzeganie rzeczywistości i ujmowanie jej w słowa jest nieskończenie wiele. Myślę, że trzeba tylko pracować nad tym, żeby konkretny tekst był usprawiedliwiony i żeby nigdy nie przerodził się w zadufanie.
Nie ma w panu pychy?
- Pokusa jest, jak w każdym (śmiech). Zdecydowanie! A poważnie: trudno o tym opowiadać, ale kiedy ktoś zobaczy koncert i tę relację, będzie wiedział, jak daleko mi jednak do pychy.
Kto towarzyszy wam na scenie?
- Mój zespół koncertowy, z którym przygotowaliśmy również wersje starszych piosenek Seweryna. Troszkę różnią się od nagrań z przeszłości, ale, co będzie bardzo dobrze słyszalne na płycie, nie są to wersje, które zaburzają czytelność piosenek. Można każdą z nich zaśpiewać, a jeśli są jakieś zmiany harmoniczne, to naprawdę niewielkie. Daję słowo, że nie poczyniliśmy gwałtu na piosenkach. Kierownikiem muzycznym zespołu jest pianista Łukasz Kowalski, który zadbał też o ostateczny szlif brzmienia piosenek, a co za tym idzie, będzie producentem płyty
Na przekór nowym czasom - live.
Jak by pan ocenił skalę kontaktu nawiązywanego z publicznością podczas koncertów?
- To jest progresja wyjątkowo stromo pnąca się w górę. Publiczność, która przychodzi nas zobaczyć, jest wyjątkowo satysfakcjonująca, bo między 20 a 65 rokiem życia. Proszę mi wierzyć, że można zobaczyć całkiem młodych ludzi ramię w ramię z osobami w kwiecie wieku. Ponieważ spotykamy się w teatrach i filharmoniach, ludzie są na początku troszeczkę onieśmieleni. Być może również z tego powodu, że nie są w stanie przewidzieć, czy to, co za chwilę zobaczą na scenie, będzie dla nich przyjemne. Widełki wiekowe rozstrzelone w taki sposób mogą sugerować bardzo dużą przypadkowość odczuć. Czyli widzowie są mocno onieśmieleni. Ponieważ zaczynamy bardzo delikatnie, jesteśmy w stanie uspokoić ich, że to, co stanie się później, nie będzie nijak przeciw nim. I tu może wspomnę jeszcze, dlaczego spotykamy się na scenie z Sewerynem. Myślę, że prezentujemy podobny sposób myślenia o muzyce.
Głośna liryka?
- Tak, czasami bardzo głośna, a niekiedy bardzo subtelna, ale liryka. Widzowie, którzy doświadczą jej na własnej skórze podczas pierwszych utworów, są uspokojeni tym, że do końca koncertu nie stanie im się żadna dźwiękowa krzywda. A kiedy słyszą piosenkę „Szczęście jest blisko”, to wiedzą, że ono faktycznie za chwilę się pojawi. Wtedy na scenę wkracza Seweryn i następuje eksplozja emocji ludzi, którzy nie widzieli go przez tak długi czas. Ta eksplozja jest kanalizowana w bardzo przyjemny sposób: wszyscy śpiewają. Śpiew troszeczkę nieśmiało pojawia się wcześniej, ale kiedy na scenę wchodzi Seweryn i śpiewa kilka swoich starszych piosenek i później, kiedy śpiewamy razem, śpiew publiczności towarzyszy nam do ostatniego dźwięku koncertu. Mam wrażenie, że będzie to słyszalne na płycie i że udało nam się zarejestrować to, że wokalistów jest nie dwóch, tylko bardzo wielu.
Jakim cudem płyta nagrywana w czasie trasy koncertowej ma ukazać się dzień po jej zakończeniu?
- Musieliśmy troszeczkę wysilić się, przygotowując się bardzo dobrze już do pierwszego koncertu.
Już w Kielcach był nagrywany materiał?
- Tak, do tego występu przygotowywaliśmy się przez miesiąc, w tym dwa tygodnie bardzo intensywnych prob. Zadbaliśmy o to, żeby na koncertach nie było żadnych przypadkowych dźwięków. Oczywiście nie można do końca uniknąć drobnych wpadek i każdy, kto miał do czynienia z muzyką na żywo wie, że pomyłki i drobne niedociągnięcia stanowią pewien koloryt takich wydarzeń. I pomyłki na pewno nam się przydarzą, tym bardziej, że na scenie spotyka się dwóch dżentelmenów, którzy uwielbiają zapominać tekstów. Z tą różnicą, że ja nie staram się za wszelką cenę zaśpiewać, a Seweryn do ostatniej sekundy próbuje doprowadzić do tego, żeby coś jednak zostało zaśpiewane.
I co wtedy robi? Improwizuje?
- Zdarza mu się zaśpiewać fragment nie tej zwrotki zwrotki w miejscu, gdzie powinny być inne słowa, ale to też bardzo ładnie brzmi i jest dla ludzi czytelne. Wracając do płyty, która ukaże się tuż po trasie koncertowej: nagrywamy ją od pierwszego koncertu i chociaż jesteśmy dopiero po trzech, jestem już spokojny, bo po odsłuchaniu materiału wiem, że dotrzymamy terminu. Na rynku jest mnóstwo nagrań live, które są tak naprawdę quasi-koncertami. Zawierają materiał rejestrowany na żywo, ale później, kiedy po odsłuchaniu twórca dojdzie do wniosku, że trzeba nagranie poprawić i coś dograć, to się to robi. Tak się dzieje na całym świecie, to nie jest żaden zarzut. Chodzi przecież o to, żeby zaproponować odbiorcy materiał w jak najlepszym wykonaniu. Natomiast ja jestem zwolennikiem drugiej opcji, która polega na tym, że jeżeli coś nie jest błędem, pomyłką albo brakiem wykonawczym do tego stopnia, że razi i przeszkadza w odbiorze, to trzeba takich żywych elementów pozostawić jak najwięcej.
Czy trudno było namówić Seweryna Krajewskiego na tę trasę?
- Absolutnie nie i to jest chyba najbardziej zaskakująca informacja. Słyszałem, że wielokrotnie i za wszelką cenę usiłowano wcześniej namówić Seweryna, żeby wystąpił publicznie. Zresztą sam brałem kiedyś udział w takim procederze, kiedy w Opolu był organizowany koncert piosenek Seweryna Krajewskiego i namawiałem go, żeby się na nim pojawił. Natomiast on trzymał się takiej koncepcji prezentowania siebie, żeby nie pokazywać widzom bez końca Krajewskiego z przeszłości. Nie chciał wyłącznie wracać do dawnych przebojów, choćby były największe. Zależało mu na pokazaniu czegoś, co dzieje się dzisiaj albo nawet jest przedśpiewem tego, co stanie się za chwilę. Taką uzyskiwałem odpowiedź wcześniej, a jednocześnie może tłumaczy to trochę moją dopowiedź, że na tę trasę w ogóle nie musiałem go namawiać. Może to był właśnie ten czas: moja płyta w ogromnej mierze za sprawą Seweryna i jego udziału w całym projekcie odniosła ogromny sukces. A Seweryn chciał pokazać się na scenie w momencie, kiedy będzie mógł powiedzieć: „oto jestem”. „Jestem” a nie „byłem”.
Bellissima 2009-11-22 16:05:32
Wszystkie komentarze są własnością ich autorów. Autor ponosi pełną odpowiedzialność za treść wpisu. Jeżeli wynikną z tego konsekwencje prawne, planetakobiet.com.pl może przekazać wszelkie informacje stronom zainteresowanym na temat danego użytkownika oraz pomóc w jego zlokalizowaniu.