Uwielbiany przez tysiące fanów na świecie. Przyjacielski, szalony i pełen optymizmu. O kim mowa? Garou- jednym z najbardziej lubianych artystów ostatnich lat.
Czy jako dziecko udawał Pan przed lustrem, że gra na gitarze, a przed sceną stoją zachwycone tłumy wielbicielek?
- Nie. Jako mały chłopak marzyłem o tym, aby być archeologiem. Moi rodzice prowadzili dość stacjonarny tryb życia, a ja wyobrażałem sobie, że dużo podróżuję po świecie, poznaję innych ludzi i przypatruję się ich życiu. Widziałem się więc raczej w roli kogoś w rodzaju antropologa. I w pewnym sensie to się spełniło. Śpiewając, spędzam przecież sporo czasu w podróży i poznaję wielu ciekawych ludzi w różnych zakątkach świata.
Jako nastolatek grywał Pan z kolegami w grupie Windows and Doors. W waszym repertuarze znalazły się przede wszystkim piosenki legendarnych The Beatles. Wtedy musiało się już rodzić pragnienie popularności…
- Grając na gitarze, byłem w tej grupie drugim Georgem Harrisonem. Oczywiście, każdy z nas marzył o sławie, ale żaden specjalnie w to nie wierzył i nie traktował tych występów zbyt poważnie. Ale właśnie z tym okresem łączy się jeden z najwspanialszych momentów, jaki było mi dane przeżyć w karierze. Wtedy właśnie po raz pierwszy poczułem, że zajmowanie się muzyką może dać mi wiele radości, szczęścia i cudownych chwil.
Ma Pan na myśli tysiące fanek czekających w drodze do garderoby?
- Nie, to nie ma z tym nic wspólnego. Zdarzyło się to w trakcie kameralnego przyjęcia, po koncercie sponsorowanym przez Formułę 1. Przy stole posadzono mnie między jakąś nieznaną mi kobietą i mężczyzną, który prawie z nikim tego wieczoru nie rozmawiał. Zacząłem więc dyskutować z dziewczyną. Po kilkunastu minutach milczący mężczyzna pochylił się nade mną i najzwyczajniej powiedział: „Miło mi było spotkać Pana, Garou. Nazywam się George Harrison”. Oniemiałem. To był on, jeden z legendarnych The Beatles! Niesamowite! Przegadaliśmy resztę wieczoru o życiu i muzyce. Ale najlepsze miało się dopiero zdarzyć. Po tej rozmowie spędziliśmy dwie godziny na scenie – na wspólnym graniu.
Zapewne równie ważne było dla Pana spotkanie z Céline Dion? Przecież gra Pan z jej muzykami…
- To prawda. Céline podeszła do mnie po jednym z moich występów w musicalu „Notre-Dame de Paris”. Zaczęliśmy rozmawiać o jakichś drobnostkach i moim występie. Podczas tej krótkiej pogawędki zobaczyłem tłum ludzi, którzy chcieli koniecznie znaleść się blisko wokalistki. Wtedy właśnie pierwszy raz poczułem, czym jest prawdziwa popularność. Zobaczyłem ludzi, którzy pragną choćby dotknąć gwiazdy – to było coś, czego nie mogłem sobie wcześniej wyobrazić.
Ale teraz odbiera Pan podobne dowody uwielbienia…
- Żyjemy w dziwnych czasach, w których gwiazda popu jest ważniejsza od polityków czy lekarzy. Kiedyś tak nie było. Ale prawdę mówiąc, ta cała otoczka towarzysząca mojej karierze nie jest mi aż tak bliska. Spotkanym w Warszawie uczestnikom „Fabryki Gwiazd”, którzy marzą o sławie, powtarzam: „Nie myśl o niej, bo to nie ma sensu. Zajmij się po prostu sztuką. Rób to, co lubisz, jak najlepiej i nie myśl o błysku reflektorów”.
Jeśli sława nie jest dla Pana najważniejsza, to czy jest coś, bez czego nie mógłby Pan żyć?
- Najważniejszy i najprzyjemniejszy jest dla mnie żywy kontakt z publicznością. Jestem typowym zwierzęciem koncertowym. Nie ma niczego, co dałoby się porównać z aurą, jaka wytwarza się między mną a odbiorcami podczas koncertu. Jestem po to, by dostarczać ludziom rozrywkę, by ich bawić. A przy tym wywoływać rozmaite emocje – śmiech i łzy, radość i smutek. Taką mam rolę.
A czy ważne są też Pana emocje? Uwalniają się podczas koncertu?
- Z pewnością tak. Ale to, co robię, jest po prostu pewnym rodzajem daru.
Jak Pan myśli, dlaczego właśnie w Polsce cieszy się Pan tak dużą popularnością?
- To naprawdę coś niesamowitego. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć koncertu w Sopocie sprzed kilku lat. Pamiętam, jak po występie jeden z producentów podbiegł do mnie, wykrzykując: „To jest to!”. Moja piosenka „Gitane” nigdzie na świecie nie budzi takich emocji, jak właśnie w Polsce. Nie do końca potrafię to zrozumieć. Być może tkwią w Polakach nieco podobne cechy do tych, które mają mieszkańcy Quebecu? Jakaś otwartość, a jednocześnie historyczne doświadczenie bycia ofiarą?
Jest Pan w stanie wyobrazić sobie moment, kiedy wstając rano, czuje, że nie może wydobyć z siebie głosu i nagle przestaje śpiewać? Co wtedy stałoby się treścią Pana życia?
- To zapewne byłoby dość trudne doświadczenie. Ale już dzisiaj, oprócz śpiewania, angażuję się równolegle w wiele zajęć. Prowadzę firmę producencką, restaurację i klub muzyczny. Nie narzekam więc na brak pracy pozamuzycznej. Myślę jednak, że największą przyjemność sprawiłoby mi granie w nocnym klubie na pianinie.
A co jest najważniejsze w Pana życiu, poza sceną?
- Zdecydowanie moja siedmioletnia córka. Ona właściwie nadaje sens mojemu życiu. Pamiętam moment, gdy miałem groźny wypadek samochodowy, trzy miesiące przed jej narodzeniem. Walcząc o życie, byłem naprawdę przerażony. Najgorsza jednak była myśl, że może nie zobaczę własnego dziecka, które już wtedy darzyłem wielką miłością.
Trzy słowa, które powiedzieliby o Panu przyjaciele?
- Hm… Uczciwy, autentyczny i szalony.
I może Pan to potwierdzić?
- Zdecydowanie tak.
Garou to pseudonim artystyczny Pierre’a Garanda, wokalisty i muzyka urodzonego w 1972 roku w Sherbrooke, w kanadyjskim Quebecu. Pierwsze lekcje muzyki i śpiewu otrzymał w wieku trzech lat od swego ojca. W szkole średniej realizował muzyczne pasje, występując z kolegami w zespole Windows and Doors. Grupa wykonywała covery legendarnych The Beatles. Jako dwudziestoparolatek, po spontanicznym występie w jednym z barów, został w nim etatowym piosenkarzem. W połowie lat 90. trafił do zespołu Untouchables. Zwrócił na siebie uwagę kanadyjskiej branży muzycznej i otrzymał rolę Quasimodo w musicalu „Dzwonnik z Notre Dame”, wystawianym w Londynie, Paryżu i Montrealu. Przełomowym momentem w jego karierze było poznanie menedżera i męża Céline Dion – Réne Angélila, który zachęcił go do występów solowych. Jednym z pierwszych był milenijny koncert w 2000 roku, jaki dał z muzykami z zespołu Céline Dion. Z nimi też nagrał debiutancką płytę „Seul”, wydaną w tym samym roku, a sprzedaną w nakładzie miliona egzemplarzy. Później ukazały się albumy: „Reviens” (2003), „Garou” (2006) oraz anglojęzyczny „Piece of my soul” (2008).
Rozmawiał: Krzyszfot Żurek,
Źródło:
Sense of beauty
fot. Sony Music
Renny 2009-12-27 17:39:37
Wszystkie komentarze są własnością ich autorów. Autor ponosi pełną odpowiedzialność za treść wpisu. Jeżeli wynikną z tego konsekwencje prawne, planetakobiet.com.pl może przekazać wszelkie informacje stronom zainteresowanym na temat danego użytkownika oraz pomóc w jego zlokalizowaniu.